W styczniu 2012 znalazłam zapowiedź nowej produkcji, firmowanej nazwiskiem samego Spielberga. Nowy serial miał opowiadać o perypetiach ludzi tworzących broadwayowski musical o życiu Marylin Monroe, a jego tytuł brzmiał iście przebojowo: ,,Smash"!
Pierwszy odcinek obejrzałam w walentynkowy wieczór w towarzystwie ukochanego. Nie wykazał zbytniego entuzjazmu, ale też nie narzekał po zakończeniu projekcji na niski poziom dzieła... Dość powiedzieć, że resztę sezonu obejrzałam już sama, co tydzień we wtorek wyszukiwałam nowy odcinek i z wypiekami na twarzy oglądałam go jedząc śniadanie. Totalnie oszalałam na punkcie tego serialu, jednakże nikogo nie udało mi się nim zarazić, w przeciwieństwie do ,,Modern Family" i ,,Girls" (o ,,Girls" mówią teraz wszyscy i piszą wszystkie gazety, wyjątkowo u nas ,,chwycił"). ,,Smash" pokazuje teraz Canal+, ale nie spotkałam jeszcze na swojej drodze nikogo, kto również śledzi kolejne odcinki. Wielka szkoda! Ten serial jest absolutnie genialny i przykro mi, że nie mam z kim tego entuzjazmu podzielić. ,,Smash" zasługuje na jak największą popularność!
Główną rolę powierzono Katharine McPhee, finalistce American Idol. Świetnie śpiewa, świetnie tańczy, ale aktorka z niej żadna. Prawdziwą gwiazdą i moją ulubienicą jest Megan Hilty, wcielająca się w przebiegłą, gotową na wszystko i piekielnie utalentowaną Ivy Lynn. Oto mój ulubiony moment pierwszego sezonu:
Nie mam zamiaru rozwodzić się na temat szczegółów obsady czy fabuły, zachęcam gorąco do oglądania tego serialu-jest naprawdę fenomenalny! Już 5 lutego startuje drugi sezon, w związku z tym będę zamieszczać recenzję każdego kolejnego odcinka. Stay tuned!



