niedziela, 20 stycznia 2013

WSPANIAŁY SERIAL, KTÓREGO NIKT NIE CHCE OGLĄDAĆ (POZA MNĄ)

Od kilku lat panuje moda na oglądanie amerykańskich seriali. Nie są to jakieś banalne telenowele, tylko ambitne, wysokobudżetowe produkcje gromadzące przed ekranami i na torrentach miliony widzów. W dobrym tonie jest oglądać kilka tytułów na bieżąco, a nawet sprawić sobie elegancki zestaw DVD zawierający wszystkie odcinki danego sezonu ulubionego ,,show". Również ja uległam tej tendencji, skrupulatnie obejrzałam wszystkie odcinki ,,Nip/Tuck", ,,House, M.D.", ,,Gotowych na Wszystko", a nawet ,,Plotkary". Po prostu lubię seriale, koniec, kropka!

W styczniu 2012 znalazłam zapowiedź nowej produkcji, firmowanej nazwiskiem samego Spielberga. Nowy serial miał opowiadać o perypetiach ludzi tworzących broadwayowski musical o życiu Marylin Monroe, a jego tytuł brzmiał iście przebojowo: ,,Smash"!




Pierwszy odcinek obejrzałam w walentynkowy wieczór w towarzystwie ukochanego. Nie wykazał zbytniego  entuzjazmu, ale też nie narzekał po zakończeniu projekcji na niski poziom dzieła... Dość powiedzieć, że resztę sezonu obejrzałam już sama, co tydzień we wtorek wyszukiwałam nowy odcinek i z wypiekami na twarzy oglądałam go jedząc śniadanie. Totalnie oszalałam na punkcie tego serialu, jednakże nikogo nie udało mi się nim zarazić, w przeciwieństwie do ,,Modern Family" i ,,Girls" (o ,,Girls" mówią teraz wszyscy i piszą wszystkie gazety, wyjątkowo u nas ,,chwycił"). ,,Smash" pokazuje teraz Canal+, ale nie spotkałam jeszcze na swojej drodze nikogo, kto również śledzi kolejne odcinki. Wielka szkoda! Ten serial jest absolutnie genialny i przykro mi, że nie mam z kim tego entuzjazmu podzielić. ,,Smash" zasługuje na jak największą popularność!



Główną rolę powierzono Katharine McPhee, finalistce American Idol. Świetnie śpiewa, świetnie tańczy, ale aktorka z niej żadna. Prawdziwą gwiazdą i moją ulubienicą jest Megan Hilty, wcielająca się w przebiegłą, gotową na wszystko i piekielnie utalentowaną Ivy Lynn. Oto mój ulubiony moment pierwszego sezonu:

Nie mam zamiaru rozwodzić się na temat szczegółów obsady czy fabuły, zachęcam gorąco do oglądania tego serialu-jest naprawdę fenomenalny! Już 5 lutego startuje drugi sezon, w związku z tym będę zamieszczać recenzję każdego kolejnego odcinka. Stay tuned!




sobota, 19 stycznia 2013

BYLIŚMY W KAWIARNI


Elbląg różni się od innych miast między innymi tym, że nie ma w nim żadnego centrum handlowego z prawdziwego zdarzenia, a co za tym idzie, brak również typowych miejsc-symboli ‘wielkomiejskiego życia’, czyli Zary, H&M’u i sieciowych kawiarni. Zaradni mieszkańcy miasta  mają jednak na to swoje sposoby-weekendowe zakupy w Gdańsku! Sama wielokrotnie wzięłam udział w takim wyjeździe, jednak nie zrobiłam w związku z tym wszystkiego tak, jak należy-mianowicie nie udokumentowałam eskapady i nie zamieściłam na Facebook’u odpowiednich treści. Jak nie popełnić tego błędu?
Przede wszystkim należy mieć telefon robiący w miarę dobre zdjęcia lub aparat (taki profesjonalny, ze zmiennymi obiektywami!) Dobrze, gdy nasza komórka może łączyć się z internetem (moja nie może). W drodze na al. Grunwaldzką trzeba zaktualizować status na fb: „Zakupki w Gdańsku”, „Szał wyprzedaży!” lub po prostu „Zakupy” w miejscu-Galeria Bałtycka. Tylko tyle i aż tyle, po kilku godzinach możemy spodziewać się szalonej ilości kliknięć „Lubię to!” pod naszym postem. Większej niż po udostępnieniu jakiejś tam nudziarskiej piosenki czy fragmentu wiersza.
Wiadomo, że nikt nie będzie się chwalił zdjęciami swoich zakupionych  „skarbów”. Takie coś przystoi jedynie szafiarkom  i dziewczynom prowadzącym video blogi. Istnieje przecież oddzielna kategoria filmików i postów, nazywa się to „haul zakupowy”. Na szczęście jest jeszcze jedna forma bezkarnego przechwalania się naszym światowym życiem! Wystarczy iść do Coffeeheaven lub Starbucks’a , zamówić latte i… Zrobić zdjęcie! Obfotografować kubek (papierowy lub ceramiczny) ze wszystkich stron, pozować z kubkiem kawy udekorowanym bitą śmietaną i wrzucić tę fotografię na Facebook’a! Historia lubi się powtarzać, więc licznik lajków nadal bije, komentarze sypią się jak z rękawa, a my wciąż czujemy się popularni, ważni i wylansowani. Zakosztowaliśmy bardziej zachodniego stylu życia (w końcu wyjechaliśmy do innego województwa, i to na zachód właśnie!), wszyscy wiedzą, że nie spędziliśmy kolejnej soboty na oglądaniu TV czy porządkach, w związku z czym jesteśmy ciekawi, aktywni i atrakcyjni.


Nie mam nic przeciwko wyjazdom do innego miasta na zakupy. Na pewno jest wiele miejsc takich jak Elbląg, gdzie w sklepach nie ma nic ciekawego. Nie przeszkadzają mi też sieciowe kawiarnie, wręcz przeciwnie. Są ładne, czyste i ciepłe, lubię te sztuczne kanapki i zapach kawy. Przyjemnie jest usiąść sobie w takiej kawiarence w czasie zakupów, spokojnie porozmawiać  i napić się słodkiej lury za kosmiczne pieniądze. Po co jednak robić z tego wielkie halo i obnosić się z tym na portalu społecznościowym?! Czyżby niektórzy internauci obawiali się, że ich mniej obyci znajomi nigdy nie zakosztowali widoku dużego americano i babeczki czekoladowej? Spokojnie, gdyby chcieli dowiedzieć się, jak owe specjały wyglądają, wystarczy że zajrzą na stronę którejś z kawiarni lub wyszukają sobie odpowiednie obrazki w wyszukiwarce grafiki.  A może po prostu wysyłają w świat wiadomość: patrzcie, kmioty, stać mnie na zakupki w innym mieście i kawkę w starbuniu, jestem lepsza/lepszy niż wy, siedzący w domu i pijący kawę po turecku!?
Niektórym ludziom naprawdę niewiele potrzeba, aby się skutecznie dowartościować. I dobrze. Na mojego lajka jednak nie macie co liczyć. Jestem pewna, że stać was na więcej niż umieszczenie fotorelacji z wypadu do galerii, które nie wzbudza zachwytu, a jedynie śmiech tych, którzy nie kliknęli „Lubię to!” Ogarnijcie się, tyle ciekawszych rzeczy jest do pokazania i opowiedzenia, kawa w firmowym kubku się do tego nie zalicza. Konia z rzędem temu, kto racjonalnie wyjaśni ten fenomen. Czekam!


3, 2, 1, START!


Nikt nie lubi malkontentów, tych wiecznie narzekających osobników obnoszących się ze swoimi opiniami i wygłaszającymi ich jako prawdy objawione. Szczerość również jest przeceniana-niby każdy twierdzi, że jest to cecha najbardziej pożądana u potencjalnego partnera czy najbliższych przyjaciół, a jak przychodzi co do czego, to nie jest to zbyt oczywiste. Nie odkryję Ameryki pisząc, że nie lubimy słyszeć prawdy na swój temat, opinii sprzecznych z naszymi własnymi i zbyt szczerych wyznań. Z tego właśnie powodu zakładam dziś bloga. Od dziś nie będę musiała zamęczać ludzi wokół mnie swoimi pretensjami do wszystkich i o wszystko, dawać upustu frustracjom i omawiać różnych spornych kwestii z ludźmi, których lubię, bowiem wszelkie takie dyskusje kończą się w moim przypadku kłótnią. Na tej oto stronie będę wygłaszać swoje opinie na różne tematy, a inspiracje będę czerpać z najbliższego otoczenia i tego, co danego dnia opowiedzą mi ludzie, których napotkam na swojej drodze. Nie będę niestety wrzucać ładniutkich zdjęć laptopa w otoczeniu książek i kubka z kawą, obiadów i zwierząt domowych, gdyż nie mam aparatu fotograficznego, nie umiem gotować i nie posiadam kota (bardzo żałuję!) Nie piję też kawy przy komputerze, co dyskwalifikuje mnie jako blogerkę lajfstajlową, jaką jest na przykład Kasia Tusk. Trudno, szkoda. Nie mam nawet instagramu (instagrama?) Trudno. Ciekawe, co z tego wyniknie…